Wężykiem ze Szczecina – dzień 17 (Bolimów – Warszawa)

Całkowity dystans: 73.84 km
Pobieranie

 

Ostatni dzień tegorocznej wyprawy to pedałowanie po terenach w większości znanych nam już świetnie z weekendowych wycieczek. Jedynym miejscem, w którym jeszcze nie byliśmy, jest odwiedzony o poranku niewielki cmentarz w Huminie, na którym pochowani są żołnierze polegli w walkach toczących się na tych terenach podczas I wojny światowej.

Następnie mijamy Miedniewice, wspominając nasz powrót tędy z zeszłorocznych wakacji, kiedy to przez pół dnia jechaliśmy w rzęsistej ulewie. Przez Starowiskitki, Cygankę i Janówek mkniemy do Szymanowa, gdzie chwilę odpoczywamy przy kościele. Potem przez dobrze znane Kaski, Regów i Bronisławów docieramy do Błonia. Omijamy okolice kościoła i rynek, gdzie już wiele razy byliśmy, i zjeżdżamy na ładnie urządzone błońskie bulwary nad niewielką rzeczką Rokitnicą.

Pchani wiatrem pedałujemy żwawo przez wioskę Milęcin, przejeżdżamy nad Autostradą Wolności i oto już jesteśmy w Brwinowie. Przy rondzie zauważamy oryginalny pomnik upamiętniający Ignacego Kozielewskiego, współtwórcę hymnu harcerskiego Wszystko, co nasze, Polsce oddamy. A potem przedostajemy się na drugą stronę torów kolejowych do cukierni. Zjadamy rurki z bitą śmietaną, zapijamy kawką i ruszamy na ostatnią prostą!

Jadąc wzdłuż torów kolejowych, w większości po ścieżce rowerowej, wybudowanej chyba dość niedawno, przez Parzniew docieramy do Pruszkowa, a stamtąd przez Reguły do Michałowic. Dla połowy ekipy to już finisz, drugą połowę czeka jeszcze pedałowanie do centrum stolicy. Na razie jednak odpoczynek, mycie rowerów, zgrywanie zdjęć i tras. I wspólna radość ze szczęśliwie zakończonej kolejnej wspaniałej wyprawy!

Wężykiem ze Szczecina – dzień 16 (Gostynin – Bolimów)

Całkowity dystans: 88.06 km
Pobieranie

 

Spod zamku w Gostyninie ruszamy odziani przeciwdeszczowo, gdyż od samego rana jest lekka mżaweczka. Przejeżdżamy przez pomału budzące się do życia miasto, a chwilę potem wjeżdżamy w las. Droga jest niezła i kilometrów na licznikach szybko przybywa. Mijamy wytwórnię mas bitumicznych, niewielkie wioski Skrzany, Długołękę i Dąbkowice, i mając blisko dwadzieścia kilometrów na licznikach docieramy do Trębek. Przy skrzyżowaniu stoi tu tablica poświęcona Andrzejowi Małkowskiemu, twórcy polskiego skautingu, który w tej miejscowości się urodził.

Jedziemy dalej. Naszą uwagę zwraca wiele leżących na poboczu połamanych drzew, których pourywane gałęzie walają się na okolicznych polach; widzimy też  dwa domy z zerwanymi dachami. Musiała przejść tędy niedawno jakaś potężna wichura i stąd takie zniszczenia. Po kilku kilometrach, w Kamieńcu, wyjeżdżamy na drogę wojewódzką, ale na szczęście nie ma zbyt dużego ruchu. Bezpiecznie docieramy do Żychlina, gdzie robimy sobie dłuższy postój na rynku. Akurat przestaje padać i nawet nieco się wypogadza, przyjemnie jest więc posiedzieć na ławeczce, zwłaszcza że mamy przekąskę w postaci drożdżówek z tutejszej cukierni Braci Miś. Tuż obok stoi gustowna toaleta z historią miasteczka na ścianach; jest także tablica upamiętniająca znalezienie tu grobów skrzynkowych sprzed dwóch i pół tysiąca lat – wydobyte eksponaty można podobno podziwiać w muzeum w Poznaniu.

Pokrzepieni ruszamy w dalszą drogę. Mijamy Śleszyn z kościołem świętego Aleksandra, do którego na moment wstępujemy. Znajduje się tu obraz Pana Jezusa z Mamą i Babcią, czyli z Maryją i świętą Anną – i to z tej okazji jest tu dziś odpust. Na przykościelnych straganach kupujemy obwarzanki i mkniemy dalej.

Po niespełna dziesięciu kilometrach docieramy do Złakowa Kościelnego, w którym już kiedyś byliśmy podczas weekendowej wycieczki. Odpoczywamy chwilę przy figurze Chrystusa Frasobliwego na rozstajach dróg, obok pięknego kolorowego łowickiego domu. Dalej jedziemy sobie niespiesznie po wygodnych asfaltowych drogach przez malutkie wioseczki. Niestety, zaczyna coraz mocniej padać. Mijamy Mastki i Wicie, i chwilę potem zatrzymujemy się w przestronnej drewnianej wiacie, która jak na zawołanie stoi przy samej drodze. Przeczekujemy największy deszcz, a potem przez Gągolin, najpierw Północny, a potem Południowy, docieramy do głównej szosy, łączącej Sochaczew z Łowiczem. Tu czeka nas niespodzianka w postaci informacji o remoncie mostu i objeździe przez Nieborów i Arkadię! Postanawiamy jednak na własne oczy zobaczyć, czy mostem nie da się jakoś przedostać, gdyż wciąż pada i nie bardzo nam się uśmiecha kręcenie dodatkowych kilometrów. Z duszą na ramieniu wprowadzamy rowery na plac budowy: na szczęście nie ma tu, o dziwo, dużego błota, a mijani robotnicy obojętnie patrzą na nasze poczynania. Musimy tylko wdrapać się z rowerami na metalowy mostek, a potem z niego zejść – i oto jesteśmy już na drugim brzegu Bzury! Jak dobrze, że nie pojechaliśmy objazdem!

Po kilku minutach parkujemy przy karczmie w Bednarach, gdzie postanawiamy nieco się posilić. Zamawiamy kopytka babuni z kurczakiem w sosie serowym ze szpinakiem i pomidorkami, co okazuje się kiepskim wyborem – zastanawiamy się nawet, czy nie domagać się konfrontacji z babcią, aby zapytać, dlaczego te kluski takie twarde… Reszta jest całkiem niezła, ale i tak z całego obiadu najbardziej nam smakuje dwójniak kurpiowski – pewnie dlatego, że trochę zmokliśmy i zmarzliśmy…

Gdy po obiedzie opuszczamy karczmę, okazuje się, że już nie pada. Ostatnie w dniu dzisiejszym dziesięć kilometrów to niespieszne pedałowanie do Bolimowa. Tu zajeżdżamy do kościoła i na cmentarz, gdzie znajdują się groby poległych w czasie II wojny światowej, a tuż obok – pozostałości cmentarza żydowskiego. Wracamy do centrum miasteczka, rzucamy okiem na pomnik żołnierzy, którzy zginęli w bitwie pod Rawką i jedziemy na nocleg. Instruowani przez telefon przez właścicielkę obiektu odnajdujemy najpierw nasz pokój, a następnie klucz do piwnicy, w której chowamy rowery. Przed nami ostatni wieczór na tegorocznej wyprawie i odpoczynek przed ostatnimi kilometrami pedałowania.

Wężykiem ze Szczecina – dzień 15 (Izbica Kujawska – Gostynin)

Całkowity dystans: 70.66 km
Pobieranie

 

Ruszamy tradycyjnie koło ósmej i robimy małą rundkę po Izbicy – zajeżdżamy pod nieczynny dawny kościół ewangelicki, a potem do kościoła Wniebowzięcia NMP. Jedna z tablic umieszczonych w obszernej kruchcie upamiętnia Teklę Krzyżanowską, matkę Fryderyka Chopina, która w tym kościele została ochrzczona; po drodze widzimy też niewielki skwer jej imienia.

Po opuszczeniu Izbicy mkniemy boczną asfaltową drogą i raz dwa docieramy do Katarzyny. To malutka wioska, w której dawno, dawno temu trzynastoletnia Aga była ze swoją Babcią w odwiedzinach u jej krewnych – tu w 1902 roku Babcia się urodziła. Do odpowiedniego domu trafić nie sposób, bo i Aga nie pamięta miejsca, i wiele mogło się od tej pory zmienić. Pozostają dziecięce wspomnienia, odnaleziony niedawno pamiętnik z opisem wizyty sprzed lat, a z tej dzisiejszej – fotka z tabliczką przy wyjeździe z miejscowości.

Chwilę potem wjeżdżamy do Przedcza, gdzie jak zwykle najpierw kierujemy się pod kościół – okazała neogotycka świątynia powstała na początku XX wieku według projektu znanego architekta Józefa Piusa Dziekońskiego. Z tablicy pamiątkowej dowiadujemy się, że wikariuszem był tu przez rok młody Stefan Wyszyński – na dziedzińcu stoi obecnie jego pomnik. Następnie udajemy się pod zamek, leżący na niewielkim pagórku. Jego historia sięga czasów Kazimierza Wielkiego, choć oczywiście po tej pierwszej budowli nie ma już śladu. W początkach XIX wieku koloniści niemieccy wznieśli na starych fundamentach kościół ewangelicki, w którym po II wojnie światowej urządzono… magazyn zbożowy! W latach siedemdziesiątych budynek został przebudowany i obecnie mieści się tu dom kultury oraz biblioteka. Dostajemy piękny folder o miasteczku i pieczątki, a następnie przysiadamy na chwilę odpoczynku w parku nad stawem, gdzie pod baczną obserwacją tutejszych kaczek zjadamy kupione jeszcze w Izbicy jagodzianki.

Kolejny etap podróży to droga przez Łączewną i Zbijewo do miejscowości Chodecz. Pedałujemy trochę niemrawo, gdyż jak zwykle po dwóch tygodniach zaczynamy odczuwać już pewne znużenie wyprawą. W Chodczu stajemy na chwilę przy kościele świętego Dominika, w którym akurat kończy się Msza pogrzebowa, przepuszczamy kondukt udający się na miejscowy cmentarz, a po chwili i my udajemy się w tym samym kierunku. Dzisiaj liturgiczne wspomnienie świętego Jakuba, a na cmentarzu znajduje się kaplica pod wezwaniem tego Apostoła, którą z okazji święta chcemy nawiedzić. Po chwili okazuje się jednak, że jest ona w remoncie i wejść do środka nie można. Oglądamy więc jedynie znajdujące się w podcieniach dawnego szpitala kolumbarium ze starymi i całkiem współczesnymi pochówkami, a potem jedziemy dalej.

Kolejne dziesięć kilometrów mija nam bardzo szybko i stajemy na dłuższą przerwę na skwerze w Lubieniu Kujawskim. Jest dość wcześnie, a zostało nam na dziś niewiele ponad dwadzieścia kilometrów, nie musimy się więc spieszyć. Siedząc na ławce obserwujemy wolno toczące się życie tego niewielkiego kujawskiego miasteczka. Po ponad godzinie zrelaksowani zjeżdżamy na ścieżkę poprowadzoną nad brzegiem jeziora Lubieńskiego, którą opuszczamy po drugiej stronie akwenu.

Przez pola i niewielkie osady jedziemy w kierunku wschodnim. Przejeżdżamy nad wiodącą w kierunku Bałtyku Autostradą Bursztynową, mijamy Białotarsk i Solec, i oto już jesteśmy w Gostyninie. Tu udajemy się prosto na zamek, gdzie mamy zarezerwowany nocleg. Liczymy, że będzie tu można także coś zjeść, ale okazuje się, że obiad trzeba wcześniej zamówić. Zostawiamy więc bagaże i idziemy na miasto w poszukiwaniu jakiegoś jadła. W ostatniej chwili udaje nam się załapać na gołąbki w zamykanym właśnie barze. To wczesne zamykanie lokali jest chyba największym zaskoczeniem na tegorocznym wyjeździe – wiele razy spotykaliśmy się z sytuacją, że restauracja kończyła działalność o 17-tej lub 18-tej, podobno z powodu małego ruchu turystycznego…

Nie mamy już ochoty na dłuższy spacer, robimy więc tylko niewielkie zakupy i wracamy do hotelu. Jest tu taras z widokiem na jezioro, na którym miło spędzamy czas wspominając i pisząc relację z dzisiejszego dnia. Dopiero wieczorny chłód wypędza nas do pokoju, gdzie raz dwa wpadamy w objęcia Morfeusza…

Wężykiem ze Szczecina – dzień 14 (Konin – Izbica Kujawska)

Całkowity dystans: 60.95 km
Pobieranie

 

Niedzielę rozpoczynamy Mszą o godzinie siódmej w kościele świętego Bartłomieja. Z okazji liturgicznego wspomnienia ksiądz dużo mówi o patronie kierowców świętym Krzysztofie i bezpieczeństwie na drogach, a na koniec święci wszystkie zaparkowane wokół kościoła pojazdy. Bardzo żałujemy, że nie przyszliśmy ze swymi rowerami…

Po Mszy wracamy do hotelu na szybkie śniadanko, ale i tak sporo czasu nam schodzi i udaje się wyjechać dopiero o wpół do dziesiątej. Przejeżdżamy przez most na Warcie i pedałujemy najpierw przez rozległe dzielnice Konina; przez cały czas mamy tu na szczęście ścieżki rowerowe. Ulicą Leśną, jak sama nazwa wskazuje prowadzącą do lasu, opuszczamy miasto i jedziemy przez chwilę wśród drzew, które chronią nas od dość silnego dzisiaj wiatru. Mijamy most nad Kanałem Ślesińskim, łączący jezioro Gopło z Wartą, oraz wioski Rudzica i Anielew. W oddali po naszej lewej stronie majaczą już wysoka wieża i kopuła licheńskiej bazyliki. Za Grąblinem znów wjeżdżamy do lasu i zatrzymujemy się przy klasztorze sióstr Anuncjatek i kościele pod niespotykanym wezwaniem MB Dziesięciu Cnót Ewangelicznych. Nieopodal znajduje się niewielka kapliczka, upamiętniająca miejsce, w którym w latach 1850 – 1852 Maryja kilkakrotnie objawiła się mieszkającemu w okolicy pasterzowi Mikołajowi Sikatce. Następnie jedziemy do Lichenia Starego.

Udajemy się najpierw do źródełka i zjeżdżamy nad jezioro Licheńskie, by przez moment pokontemplować piękne widoki. Następnie wjeżdżamy na rozległy teren sanktuarium i po chwili jesteśmy na wielkim placu przed kościołem NMP Licheńskiej. Kościół zadziwia nas swym ogromem, ale nie wywiera na nas złego wrażenia, czego się trochę obawialiśmy, nasłuchawszy się wielu krytycznych opinii od osób, które odwiedziły to miejsce. Robimy pamiątkową fotkę, a następnie kolejno wchodzimy na krótkie chwile do środka. Za moment ma się rozpocząć Msza, nie mamy więc czasu na dokładne zwiedzenie wnętrza. Za to dość długo spacerujemy z rowerami po otoczeniu Bazyliki. Cały duży kompleks sanktuarium ma wiele miejsc zarówno do zadumy i modlitwy, jak i po prostu do odpoczynku i spędzenia czasu z rodziną czy przyjaciółmi. Jest i Golgota, na którą i my się wspinamy, i inne mniejsze kościoły i kaplice. Ale są też zielone zakątki ze stawami i ławeczkami oraz stoliki pod parasolami, gdzie można przysiąść na kawę i na gofra za 10 zł (a nie za 30 zł jak nad morzem), co też oczywiście czynimy. Nie ma tu niezliczonych straganów z pamiątkami, które często kojarzą nam się z takimi miejscami – obowiązkowe pamiątkowe magnesy kupujemy w jednym z tutejszych sklepików. Spędzamy tu w sumie trzy godziny, a potem bardzo zadowoleni ruszamy w dalszą drogę.

Przed nami jeszcze sporo kilometrów, ale jedziemy drogami o dobrej nawierzchni i nie mamy już po drodze żadnych większych atrakcji,  liczymy więc, że podróż przebiegnie nam sprawnie. Momentami jedynie spowalnia nas nieco wiatr i lekkie wzniesienia. Na krótkie chwile odpoczynku zatrzymujemy się tradycyjnie przy kościołach: najpierw w Lubstówku przy drewnianym kościółku świętego Mateusza Apostoła z 1639 roku, do którego niestety bronią dostępu nie tylko drzwi, ale także brama w ogrodzeniu okalającym przykościelny teren, a potem w znajdującym się kilka kilometrów dalej Lubstowie. Tu szesnastowieczny kościół świętej Jadwigi jest natomiast gościnnie otwarty, a w jego wnętrzu trafiamy nawet na figurkę bliskiego naszym sercom Apostoła Jakuba!

Raz dwa mija nam siedem kilometrów i znów jest okazja do zejścia z siodełek. Przy tutejszym drewnianym kościołku pod wezwaniem świętego Andrzeja Apostoła stoją wyrzeźbione z drewna figurki – gdy podchodzimy bliżej, okazuje się, że to żłóbek:  malutkie Dzieciątko na sianie, Maryja, Józef, pasterz, a także sympatycznie wyglądający osiołek! Tu znów niestety nie ma możliwości zajrzenia do wnętrza świątyni. Otwarty jest natomiast lubotyński kościół świętego Wawrzyńca, przy którym stajemy za niecałe dziesięć kilometrów. Panuje w nim półmrok i nie udaje nam się niestety dostrzec siedemnastowiecznego epitafium jego fundatorki kasztelanowej lądzkiej Jadwigi Sierakowskiej.

Po kilku kilometrach wjeżdżamy do województwa kujawsko-pomorskiego i niebawem widać już tabliczkę z napisem Izbica Kujawska. Dla Agi to podróż sentymentalna, jest to bowiem miejscowość rodzinna jej Mamy, w której nigdy wcześniej nie była. Zajeżdżamy na cmentarz, na którym wprawdzie nie spoczywają bliscy, ale jacyś nieznani przodkowie z pewnością tak. Następnie jedziemy do centrum miasteczka na pizzę, gdyż głód nam już porządnie doskwiera. Porcje okazują się tak wielkie, że część zabieramy ze sobą – i tak oto mamy załatwione jutrzejsze śniadanie! Niebawem okazuje się, że w miejscu noclegu jest kuchenka mikrofalowa – śniadanko więc będzie na ciepło! A dodatkowo zagryzane pysznymi ogórkami, którymi częstuje nas wieczorem sympatyczny właściciel obiektu. A teraz już kąpiel i relaks przed ostatnią prostą – przed nami jeszcze tylko trzy dni wyprawy!

Wężykiem ze Szczecina – dzień 13 (Kalisz – Konin)

Całkowity dystans: 69.79 km
Pobieranie

 

Wstajemy wcześnie, wypoczęci po wczorajszym leniuchowaniu na działce pod Kaliszem i już o siódmej jesteśmy gotowi do wyjścia z pokoju. Zabieramy rowery i idziemy najpierw na pobliską stację benzynową na hot dogi i pyszną kawusię, a potem ruszamy przed siebie.

Przejeżdżamy obok Sanktuarium Świętego Józefa, do którego jeszcze na chwilę wstępujemy, choć byliśmy tu wczoraj. Następnie mało uczęszczanymi drogami opuszczamy Kalisz, kierując się na północ. W Borkowie Starym zatrzymujemy się na chwilę przy drewnianym kościele świętego Andrzeja Apostoła, który – jak dowiadujemy się z postawionej przy nim tablicy informacyjnej – został wybudowany w 1710 roku. Potem próbujemy obejrzeć tutejszy zabytkowy dworek, do czego zachęcają nas umieszczone na naszej trasie drogowskazy, ale okazuje się, że stoi on w głębi parku, a brama jest zamknięta.

Po trzech kilometrach przecinamy szosę i po chwili jesteśmy już w Russowie, przy dworku, w którym przed laty urodziła się i mieszkała Maria Dąbrowska. Tu także wita nas zamknięta brama, jako że muzeum, które obecnie znajduje się w dworku, czynne jest dopiero od dziesiątej. Nie chce nam się czekać ponad godzinę, rezygnujemy więc ze zwiedzania i jedziemy dalej. Żałujemy tylko, że nie można wejść chociaż do parku, który przez ogrodzenie wygląda bardzo malowniczo.

Mkniemy teraz do Tykadłowa, gdzie podobno znajduje się ferma strusi i mamy nadzieję spotkać tam te sympatyczne wielkie ptaszyska. Po raz kolejny jednak w dniu dzisiejszym przeżywamy rozczarowanie – ferma ogrodzona jest wysokim płotem, przez który nic a nic nie widać! Zajeżdżamy więc tylko na chwilę do tutejszego kościoła świętej Katarzyny, który jest akurat dekorowany na ślub, i dziarsko pedałujemy dalej.

Kolejny odpoczynek robimy w Kościelcu przy kościele świętego Wojciecha. Jednonawowa, murowana budowla romańska powstała tu już w pierwszej połowie XIII wieku i obecnie stanowi ona prezbiterium świątyni, a na początku XVIII wieku dobudowano drewnianą nawę. Całość prezentuje się bardzo ciekawie. W pobliskim sklepie uzupełniamy zapasy picia i znów wskakujemy na siodełka.

Mkniemy dalej przez niewielkie wioski Słuszków, Dzieżbin i Wróblinę – dziś mało jest ciekawych obiektów po drodze, więc szybko przybywa nam kilometrów na licznikach. Pcha nas też trochę do przodu strach przed zapowiadaną od wczoraj burzą. Od samego rana jest parno i im bliżej południa, tym niebo coraz bardziej zasnuwa się chmurami.

W samo południe docieramy do Tuliszkowa, gdzie na wzniesieniu stoi kościół świętego Wita. Można wejść do kruchty, w której wisi siedemnastowieczny krucyfiks, i przez kratę zajrzeć do środka. Natomiast wokół kościoła zauważamy stacje przedstawiające poszczególne tajemnice różańca – pogrupowane są w ciekawy sposób: najpierw pierwsze z wszystkich czterech części, potem drugie itd. Robimy fotkę przy pomniku Jana Pawła II i ruszamy w dalszą drogę.

W Liścu Wielkim znów zaglądamy do sklepu po zimne napoje, a chwilę potem musimy schronić się na przystanku autobusowym, gdyż zaczyna się porządna ulewa. W towarzystwie ogromnego pająka misternie tkającego swoją sieć spędzamy tam ponad godzinę, pogryzając zostawiane na czarną godzinę kabanosy i orzeszki z działki, którymi wczoraj obdarowała nas Małgosia.

Gdy wreszcie ruszamy, jeszcze trochę kropi, ale skutecznie ochraniają nas przeciwdeszczowe kubraczki. Przecinamy Autostradę Wolności, a chwilę potem wjeżdżamy już do Konina i kierujemy się na starówkę, gdzie mamy zaklepany nocleg. Po drodze robimy sobie fotkę z najstarszym w Europie Środkowo-Wschodniej znakiem drogowym – tzw. słupem konińskim, który stoi przy kościele świętego Bartłomieja. Łacińska inskrypcja na nim głosi, że ufundowany on został w 1151 roku przez Piotra Włostowica i wskazywał połowę drogi na trakcie z Kalisza do Kruszwicy. Do drugiej pamiątkowej fotki, już na rynku, pozuje razem z nami oryginalny koniński Koń.

Zostawiamy rzeczy w naszym Zajeździe i idziemy jeszcze na mały spacer. Najpierw wstępujemy na obiad do naleśnikarni, a potem wędrujemy zadbanymi bulwarami nad Wartą, delektując się lodami. Wracając robimy w Lidlu zakupy na jutrzejsze śniadanie i zaglądamy do kościoła, by sprawdzić, o której są niedzielne Msze. Trójnawowa gotycka świątynia kryje w sobie barwne polichromie i witraże, które na początku dwudziestego stulecia wykonał Eligiusz Niewiadomski, późniejszy zabójca prezydenta Narutowicza. Przyjdziemy tu jeszcze jutro rano, a teraz udajemy się na zasłużony odpoczynek.

Wężykiem ze Szczecina – dzień 12 (odpoczynek w Kaliszu)

Całkowity dystans: 7.9 km
Pobieranie

 

Dzisiejszy dzień to relaks po jedenastu dniach bardziej lub mniej intensywnego pedałowania. Pamiętając, jak skończył się zeszłoroczny dwudniowy „odpoczynek” w Krakowie, kiedy to jednego dnia zrobiliśmy dwudziestokilometrowy spacer, a drugiego siedemdziesięciokilometrową przejażdżkę połączoną ze wspinaczką na wszystkie krakowskie kopce, postanawiamy w tym roku nie szaleć 🙂

Śpimy nieco dłużej, a potem idziemy na śniadanie i mały spacer po centrum Kalisza. Zaglądamy do Sanktuarium Świętego Józefa i kilku pobliskich kościołów. Przechadzamy się bulwarem nad Prosną i kaliskimi plantami, spacerujemy też chwilę po rynku.

Reszta dnia upływa nam w miłym towarzystwie Małgosi i Wiesia, na opowieściach o naszych samochodowych i rowerowych podróżach oraz na wspólnym biesiadowaniu na ich podkaliskiej działce. To dla nas wspaniały czas odpoczynku, zwłaszcza podczas takiego upału. Wypoczęci i pełni nowej energii ruszymy jutro w dalszą drogę!

Wężykiem ze Szczecina – dzień 11 (Milicz – Kalisz)

Całkowity dystans: 74.2 km
Pobieranie

 

O poranku nie zajeżdżamy już do Milicza, tylko nieopodal naszego hotelu skręcamy w boczną drogę i mkniemy nią w stronę Sulmierzyc. Szosa jest wygodna, ruchu prawie nie ma, posuwamy się więc całkiem sprawnie, mimo że już od świtu jest bardzo gorąco. Na mniej więcej czterokilometrowym odcinku droga pokrywa się z wczorajszą, ale gdy jedzie się w przeciwnym kierunku, wszystko zawsze wygląda trochę inaczej. Tuż przed Sulmierzycami opuszczamy województwo dolnośląskie i wracamy do wielkopolskiego, w którym będziemy jeszcze przez kilka dni.

W Sulmierzycach zatrzymujemy się przy pięknym, wręcz unikatowym ratuszu miejskim. Niewielki budyneczek jest drewniany, lecz otynkowany, ma oparty na filarach czterospadowy dach, na nim wieżę, a na froncie drewniane schodki – całość prezentuje się uroczo! Obecnie znajduje się tu Muzeum Ziemi Sulmierzyckiej im. Sebastiana Fabiana Klonowica – poety i kompozytora, wykładowcy Akademii Zamoyskiej, który stąd właśnie pochodził. To muzeum, jak na złość, nieczynne jest nie w poniedziałki, a w czwartki, a dziś ten właśnie dzień tygodnia, więc nie zobaczymy, jak wygląda osiemnastowieczny ratusz w środku… Zaglądamy natomiast do kościoła NMP z gotycką pietą w kruchcie, a następnie w cieniu pomnika pana Klonowica, stojącego w niewielkim parku, zjadamy drożdżówki i ruszamy w dalszą drogę.

Mamy teraz pod kołami szutrówkę, ale całkiem wygodną. Wkrótce zmienia się ona w asfalt, który wiedzie nas przez pola i las aż do osady Kuroch. Tuż przed nią, przy samej drodze, stoi przepiękny polichromowany drewniany krzyż. Zachwycamy się misternie wyrzeźbionymi i pomalowanymi postaciami Jezusa, Maryi, świętej Weroniki i dwóch innych postaci – chyba Apostołów. Mijamy Kuroch i Nabyszyce i po kolejnych sześciu kilometrach docieramy do Gorzyc.

Zatrzymujemy się tu przy sklepie, by uzupełnić zapasy picia, gdyż pragnienie zaczyna nas już porządnie męczyć. Zjadamy też po śmietankowym lodzie, obserwujemy przez chwilę ludzi wykupujących pod wpływem internetowej paniki cukier i mkniemy dalej w kierunku Ostrowa Wielkopolskiego. Docieramy tu w samo południe i jest nam potwornie gorąco! Niemrawo rzucamy okiem na synagogę, wąskim przesmykiem przedostajemy się na rynek, a potem równie niemrawo zaglądamy do dwóch znajdujących się nieopodal kościołów. Ten starszy, pod wezwaniem NMP Królowej Polski, to najstarszy zachowany w całości zabytek w mieście – pochodzi z końca XVIII wieku i ma konstrukcję szachulcową. Drugi, świętego Stanisława Biskupa, jest znacznie młodszy, z początków dwudziestego stulecia. Następnie znajdujemy przy rynku knajpkę z klimatyzowanym wnętrzem i z ulgą siadamy na małe co nieco i oczywiście zimne picie.

Pokrzepieni opuszczamy centrum Ostrowa i mkniemy dalej wygodną ścieżką rowerową wzdłuż szosy, która doprowadza nas prawie do samego Lewkowa. Jest taki upał, że nie chce nam się nawet zajechać do parku, by popatrzeć z bliska na stojący osiemnastowieczny pałac Lipskich. W Kwiatkowie i Ociążu zatrzymujemy się w cieniu tamtejszych niewielkich kościółków, by się napić i chwilę odsapnąć. Następnie jedziemy szutrówką wzdłuż torów kolejowych i z rozpędu niemal wjeżdżamy na teren jakichś zakładów – z dyżurki wybiega pani z ochrony i zatrzymuje nas gwałtownie machając rękami! Okazuje się, że dalszy ciąg ogólnodostępnej drogi jest po drugiej stronie torów. Przejeżdżamy zatem i po chwili jesteśmy już w Skalmierzycach.

Zaglądamy tu do Sanktuarium Matki Bożej Skalmierzyckiej z pięknym obrazem; przed kościołem stoi pomnik kardynała Wyszyńskiego i… caminowy słupek! Chwilę tu odpoczywamy, następnie mijamy Nowe Skalmierzyce, a potem tabliczkę informującą, że jesteśmy już w Kaliszu. Czeka nas teraz jeszcze kilka kilometrów pedałowania do centrum miasta, ale na szczęście cały czas mamy wygodną ścieżkę rowerową. Spoceni, ale zadowoleni docieramy do naszego hotelu, a potem wychodzimy jeszcze po zakupy. Pokoik mamy ciasny, ale jest w nim dość chłodno i można odpocząć. Jutro relaks w Kaliszu, a potem jeszcze pięć dni wakacyjnej wyprawy!

Wężykiem ze Szczecina – dzień 10 (Jarocin – Milicz)

Całkowity dystans: 82.91 km
Pobieranie

 

Gdy przed ósmą opuszczamy Jarocin, termometr wskazuje już 24 stopnie, a potem z każdym kwadransem temperatura wzrasta. Dziesięć kilometrów do Noskowa mija nam nie wiadomo kiedy i oto już zajeżdżamy pod drewniany kościółek Trójcy Świętej, położony nieco z boku w stosunku do głównej drogi. Jest oczywiście zamknięty, odpoczywamy więc tylko chwilę w cieniu drzew i jedziemy dalej. Za kilka kilometrów, w Rusku naszym oczom ukazuje się kolejny kościółek, tym razem szachulcowy. Ciemny brąz drewnianych belek i biel muru tego budynku pięknie ze sobą współgrają. Obok, w zarośniętym parku za murem, znajduje się podobno pałac hrabiów Czarneckich z końca XIX wieku, ale z drogi trudno  dostrzec, w jakim jest stanie.

Pełni jeszcze porannej werwy dziarsko pedałujemy mając pod kołami całkiem niezłą nawierzchnię. W Borzęciczkach marzy nam się coś zimnego do picia, wypijamy zatem pod sklepem cytrynowego Radlera i robimy mały zapas wody na później. Dużo nie ma co gromadzić, gdyż w tym upale bardzo szybko się nagrzewa i nie gasi potem pragnienia. Następnie mijamy wioski o sympatycznych nazwach Kaczagórka i Mokronos. W Gościejewie  zauważamy kilka starych domów o konstrukcji ryglowej, oblepionych gliną, które podobno pamiętają jeszcze XIX wiek! A w Wielowsi znów mamy uroczy drewniany kościółek.

W Benicach zajeżdżamy na chwilę pod ceglany kościół z renesansowym szczytem, nieśmiało licząc na to, że może będzie otwarty. Niestety, okazuje się, że nie dane nam jest zajrzeć do wnętrza, a podobno znajduje się w nim ciekawy nagrobek jego fundatorki, Anny z Łukowa Rozdrażewskiej – powstały na początku XVII wieku!

Jest parę minut po jedenastej, gdy docieramy do Krotoszyna. Przysiadamy na chwilę na Małym Rynku, następnie zaglądamy po stempelki do znajdującego się tuż obok regionalnego muzeum, a potem jedziemy na poszukiwanie mrożonej kawki, która marzy nam się od pewnego czasu. Na rynku ochoczo przejeżdżamy przez fontanny oraz ustawione tu ze względu na upały rozpylacze wodnej mgiełki – jak przyjemnie! Wchodzimy też do chłodnego wnętrza późnogotyckiego kościoła świętego Jana Chrzciciela – podziwiamy stare sklepienia kolebkowe z lunetami, belkę z grupą pasyjną, a także bogato zdobione boczne ołtarze. Okazuje się niestety, że w okolicznych knajpkach jest głównie piwo, a o mrożonej kawce nadal możemy sobie tylko marzyć. Zdesperowani zatrzymujemy się przy znajdującej się na jednej z bocznych uliczek cukierni i fundujemy sobie pyszne ciastka i gorącą kawkę latte.

Po tej jakże potrzebnej w upiornym upale przerwie ruszamy dalej. Do wioski o sympatycznej nazwie Chachalnia prowadzi nas wygodna ścieżka rowerowa biegnąca wzdłuż głównej drogi. Na dodatek jedziemy przez las, więc jest całkiem przyjemnie. Kawałek za miejscowością zjeżdżamy na boczną drogę, a chwilę potem mijamy tabliczkę informującą nas, że wjeżdżamy do województwa dolnośląskiego. Zahaczamy o centrum Cieszkowa, gdyż kończy nam się picie i koniecznie potrzebny nam jakiś sklep. A następnie przez Biadaszkę i niewielką górkę docieramy do Trzebicka.

Znajduje się tu piękny drewniany kościół świętego Macieja Apostoła z XVII wieku. Ma dach pokryty gontem, a ściany naw i prezbiterium okalają otwarte podcienia wsparte na słupach – tak zwane soboty. Budowano je z myślą o wiernych, którzy nieraz przybywali w przeddzień niedzielnego nabożeństwa i mogli się pod nimi schronić. Obok świątyni zauważamy wielką kolorową rybę i z zaciekawieniem do niej podchodzimy – okazuje się, że ma na sobie wymalowany tutejszy kościółek. Ze znajdującej się obok tablicy informacyjnej dowiadujemy się, że jesteśmy w Krainie Karpia i znajdujemy się na szlaku tejże ryby, poprowadzonym wielką pętlą wokół Stawów Milickich! Na całej trasie poustawiane są takie właśnie ryby, a każda ozdobiona jest motywem charakterystycznym dla danej miejscowości. Oczywiście absolutnie nie możemy sobie odmówić pamiątkowej fotki z karpiem!

Ponieważ jest dosyć wcześnie, postanawiamy wydłużyć nieco trasę i zobaczyć dziś jeszcze wspomniane stawy, co mieliśmy zaplanowane dopiero na jutro. Za Jankową ładujemy więc na GPS jutrzejszy ślad i po kilku kilometrach z głównej drogi skręcamy w lewo. Mijamy niewielkie osady Nowy Zamek i Nowe Grodzisko, przejeżdżamy przez mostek na Baryczy i docieramy do pierwszego stawu. Stoi tu wiata i tablica informująca o walorach znajdującego się wokoło rezerwatu Stawy Milickie. Na ogromnym terenie rozciąga się tu zespół stawów rybnych – podobno jest ich ponad 285 , a ich łączna powierzchnia liczy około 77 kilometrów kwadratowych! Zostały założone w XIII wieku przez cystersów i są obecnie największym w Europie ośrodkiem hodowli karpia. Są też ostoją niezliczonej liczby gatunków ptactwa – my zauważamy głównie łabędzie i kaczki, ale uważny ornitolog z lornetką z pewnością wypatrzyłby ich znacznie więcej. Jedziemy przez kilka minut groblą pomiędzy stawami, rozglądając się raz na prawo, a raz na lewo, i oczywiście robiąc fotki, które i tak nie są w stanie oddać wiernie piękna otaczającego nas krajobrazu. Wkrótce docieramy do Rudy Milickiej, gdzie zaczyna się miła zacieniona ścieżka rowerowa, która doprowadzi nas do samego Milicza. Stawy Milickie można by penetrować godzinami, najlepiej na piechotę; my niestety nie mamy możliwości, by zatrzymać się tu na dłużej. Cieszymy się jednak, że udało nam się tu dotrzeć choć na chwilę.

W Miliczu zatrzymujemy się w przydrożnej restauracji na obiad – w tych okolicach oczywiście trzeba skosztować karpia! Jest pyszny i robi nam się bardzo świątecznie. Następnie zajeżdżamy jeszcze do kościoła świętego Andrzeja Boboli – jest to jeden z sześciu tak zwanych kościołów łaski, wybudowanych na początku XVIII wieku na mocy ugody między katolikami a protestantami. Budowla wzorowana jest na powstałym w połowie XVII wieku tzw. kościele pokoju w Świdnicy – ma drewnianą konstrukcję szkieletową wypełnioną otynkowaną cegłą. We wnętrzu duże wrażenie robią na nas trzykondygnacyjne empory, dzięki którym w kościele mogło się podobno zmieścić dwa tysiące wiernych!

Mijamy most na Baryczy, robimy szybkie zakupy w Biedronce i jedziemy do znajdującego się już poza miastem hotelu Kaskada, gdzie mamy zarezerwowany nocleg. Kolejny upalny dzień za nami, a jutro podobno ma być jeszcze goręcej…

Wężykiem ze Szczecina – dzień 9 (Kórnik – Jarocin)

Całkowity dystans: 70.65 km
Pobieranie

 

Już od samego rana jest bardzo ciepło. Leniwie ruszamy z Kórnika tuż po godzinie ósmej. Przez Biernatki, Prusinowo i Jeziory Wielkie mkniemy do Zaniemyśla. Drogi są niezłe i sprawnie posuwamy się naprzód. Po prawej stronie co i raz mamy widok na jezioro – jedziemy raz bliżej, a raz dalej od niego, a właściwie od nich, gdyż gdy kończy się jedno, zaraz zaczyna się kolejne. W Zaniemyślu zjeżdżamy nad jezioro Raczyńskie i jedziemy ścieżką rowerową nad samym jego brzegiem.

Czekamy chwilę na ławce aż o dziesiątej zostanie otwarty mostek na Wyspę Edwarda. Przechodzimy nim z rowerami – nawet, o dziwo, mało się chybocze, choć to taki niewielki mostek pontonowy położony na wodzie! Na małej wysepce jeszcze wszystko uśpione – knajpki zamknięte i dopiero trwa ospałe sprzątanie po wczorajszej imprezie. Jest zadziwiająco mało turystów w tym roku i pracownicy chyba nie mają motywacji, by się spieszyć. Obchodzimy wyspę naokoło, podziwiając malowniczy domek szwajcarski z początków XIX wieku oraz sielskie widoki na jezioro, odpoczywamy też chwilę na leżakach. Żałujemy, że nie zaplanowaliśmy tu noclegu, bo byłoby bardzo romantycznie. Choć z wyspą związane jest też pewne tragiczne wydarzenie – hrabia Edward Raczyński, który w latach 1815 – 1845 był zarządcą tutejszych gruntów, popełnił tu samobójstwo, strzelając sobie w twarz z armaty! Zastanawiamy się, czy to właśnie tę armatę widzimy, czy może ustawiono tu podobną, by przypominała o smutnym końcu hrabiego? 

Przechodzimy mostkiem z powrotem na stały ląd i ruszamy dalej. Dziś na trasie mamy głównie niewielkie wioski i mało atrakcji po drodze, skupiamy się więc na kręceniu kilometrów. Robi się coraz goręcej. W Sulęcinie zatrzymujemy się przy sklepie na drugie śniadanie – drożdżówki i zimne piwo bezalkoholowe. Pokrzepieni mkniemy dalej przez Solec, Krzykosy i Witowo – nie ma po co się tu zatrzymywać. Większe jest dopiero Orzechowo, gdzie trafiamy na sklep z warzywami i owocami, w którym kupujemy sobie pyszne nektarynki. Sympatyczna sprzedawczyni od razu nam je myje, a przy okazji wypytuje o naszą podróż. Okazuje się, że pani pochodzi z Miłosławia i zna parę emerytowanych nauczycieli, którzy ostatnio zasłynęli z tego, że dotarli pieszo do Jerozolimy. A my czytaliśmy o nich niedawno w internecie – jaki ten świat jest mały!

Mkniemy teraz na prom i stawiamy się przy nim punktualnie o 13-tej, gdy rozpoczyna swe popołudniowe kursowanie. Miły pan przewozi nas, a także innych rowerzystów, motocyklistę i samochód na drugi brzeg Warty i na dodatek nie pobiera żadnej opłaty. Chwilę potem zatrzymujemy się w leśnym cieniu na nektarynkową ucztę. Czujemy się potwornie rozleniwieni, ale to chyba kwestia tego żaru lejącego się z nieba. A tu jak na złość zaczynają się pagórki! Z naszego przygotowanego przed wyjazdem przewodnika wynika, że jesteśmy w… Szwajcarii! Tak, tak – w Szwajcarii Żerkowskiej, która rozciąga się na tych terenach i składa się właśnie z niewysokich wzgórz wznoszących się ponad wypełnioną rozlewiskami pradoliną Warty.

W Żerkowie pniemy się do położonego oczywiście na wzgórzu osiemnastowiecznego kościoła św. Stanisława, a następnie, nadal po pagóreczkach, z mozołem pedałujemy dalej. Na krótki odpoczynek i łyk wody zatrzymujemy się w Radlinie – na tutejszym cmentarzu wznoszą się ruiny pałacu Opalińskich z XVI wieku. Następnie mijamy Wilkowyję, gdzie dwa razy przecinamy rzeczkę Lutynię. Jest tak gorąco, że rezygnujemy z poszukiwań starego drewnianego młyna wodnego, który opisał Jarosław Iwaszkiewicz w znanym opowiadaniu Młyn nad Lutynią.

Jeszcze tylko kilka kilometrów i wjeżdżamy na przedmieścia Jarocina. Z ulgą witamy ocienione tereny parku Radolińskich z ich okazałym  pałacem, w którym obecnie znajduje się muzeum regionalne. Minęła 16-ta i jest ono już nieczynne, ale udaje nam się jeszcze złapać jedną z pań i zdobyć piękny stempelek z jarocińskim glanem. Następnie podążamy pod ten niezwykle oryginalny pomnik, który upamiętnia odbywające się tu festiwale rockowe. Później mijamy remontowany rynek i również remontowaną ulicą jedziemy do południowej części miasta, gdzie mamy zarezerwowany nocleg. Po drodze zjadamy domowy obiadek w kameralnym barze Bistro na talerzu, odpoczywając nieco w klimatyzowanym wnętrzu. Chwilę potem odbieramy klucz i możemy odpoczywać! Pokój mamy od zachodu, ale na szczęście grube żaluzje sprawiają, że wnętrze nie jest mocno nagrzane. Uzupełniamy płyny i nabieramy sił, bo przed nami, jak wieszczą prognozy, kolejne upalne dni…

Wężykiem ze Szczecina – dzień 8 (Śmigiel – Kórnik)

Całkowity dystans: 78.27 km
Pobieranie

 

Dzisiaj jemy śniadanie na stacji benzynowej Orlen. Kuchnia serwuje hot-dogi max z parówkami o smaku kabanosa oraz dużą kawę – cappuccino lub mocha, co kto woli. Przepyszne! Najedzeni i w wyśmienitych nastrojach rozpoczynamy zatem kolejny dzień!

Opuszczając Śmigiel robimy fotki na uroczej małej stacyjce – chyba wciąż kursuje tu wąskotorowa kolejka turystyczna. Już na obrzeżach miasta trafiamy na ładny mały kościółek św. Wita – jest to właściwie kaplica cmentarna, szachulcowa, z połowy XVIII wieku. Następnie przez Bruszczewo, Przysiekę Polską i Widziszewo mkniemy do Kościana. Tu zaglądamy do czternastowiecznej fary pod wezwaniem Wniebowzięcia NMP, w której akurat kończy się poranna Msza, a potem przejeżdżamy wokół kompletnie rozkopanego rynku. Mijamy jeszcze dwa stare kościoły, a następnie błądząc trochę przy ogródkach działkowych, gdzie na zaplanowanej trasie wyrosła nam nagle zamknięta brama, wyjeżdżamy z miasta.

Mamy teraz sporo ścieżek rowerowych, wybudowanych wzdłuż szosy. Część jest całkiem nowa, z gładkiego asfaltu, a część stara, jeszcze z kostki, ale i tak chętnie z nich korzystamy, bo ruch jest tu spory. Cieszymy się, że w Polsce buduje się coraz więcej  ścieżek międzymiastowych – jeszcze parę lat temu powstawały głównie w miejscowościach i urywały się wraz z końcem zabudowań.

Bardzo szybko docieramy do Czempinia, gdzie tradycyjnie zaglądamy do kościołów – starszego osiemnastowiecznego i młodszego, z końca XIX stulecia. Następnie przez niewielkie wioski: Iłówiec, Pecnę, Drużynę i Krosno mkniemy w kierunku Mosiny. Na długim odcinku mamy znów ścieżkę rowerową, która niestety w pewnym momencie się kończy. Jedziemy kawałek szosą, ale wkrótce odkrywamy ścieżynę w lesie i decydujemy się nią pojechać. Jest utwardzona i jedzie się całkiem wygodnie, a co najważniejsze – nie trzeba wciąż uważać na samochody. 

W Mosinie punktem obowiązkowym jest fotka z Elegantem, który od niedawna ma tu swój pomnik. Określenie „elegant z Mosiny” ma ponoć swe korzenie w pamiętnikach Jana Chryzostoma Paska, który przedstawił tam miasto jako prężny ośrodek wszelkich rzemiosł, m.in. krawiectwa – i to właśnie krawcy mieli przyczynić się do schludnego i eleganckiego wyglądu mieszkańców. Choć krążą też podobno nieco złośliwe anegdoty sugerujące, że określać tak należy osoby, które ubierają się nieadekwatnie do czasu i miejsca. My przy Elegancie czujemy się wyjątkowo mało eleganccy w naszych rowerowych spodenkach z pieluchami, choć z pewnością odziani stosownie na wyprawę z sakwami…

Za Mosiną zmieniamy nieco zaplanowaną wcześniej trasę. Uświadamiamy sobie bowiem, że dziś poniedziałek i nic nam nie wyjdzie ze zwiedzania Muzeum Arkadego Fiedlera w Puszczykowie. Zostawiamy zatem na inną okazję wizytę w domu sławnego podróżnika i jedziemy prosto do Rogalinka – początkowo znów leśną ścieżyną, potem kawałek szosą, a potem przez most na Warcie budowaną właśnie ścieżką rowerową. Za mostem skręcamy w boczną drogę i nagle w naszych głowach pojawia się piękne wspomnienie – jechaliśmy tędy w Boże Ciało w 2017 roku i podziwialiśmy wspaniałe dywany kwietne przygotowywane tu przez mieszkańców na procesję! Po chwili docieramy do niewielkiego drewnianego kościółka, który też doskonale pamiętamy. Eh, to już pięć lat minęło, gdy wyruszyliśmy na jakubowy szlak – myślimy z rozrzewnieniem – i jak na zawołanie zauważamy tabliczkę z podaną odległością do Santiago…

Decydujemy się teraz na objazd do Rogalina, by nie jechać główną drogą razem z pędzącymi samochodami. Początkowo mamy asfalt, a potem robi się nieco mniej wygodnie, ale dajemy radę. W Rogalinie najpierw zatrzymujemy się na pyszne lody rzemieślnicze, a następnie jedziemy do przypałacowego parku obejrzeć słynne dęby. Drzewa Lech, Czech i Rus prezentują się imponująco, choć są już nieco nadgryzione zębem czasu – najlepiej z nich trzyma się Rus… Objeżdżamy park, robimy pamiątkowe fotki przy zamkniętym dziś pałacu Raczyńskich, a potem zatrzymujemy się jeszcze przy kościele świętego Marcelina, niegdyś pałacowej kaplicy. Znajduje się tu rodowe mauzoleum, w którym spoczywa m.in. Edward Raczyński, prezydent RP na uchodźstwie w latach 1979 – 1986.

Ostatnie piętnaście kilometrów to wygodne asfaltowe boczne drogi. Mknie się nimi bardzo dobrze i raz dwa docieramy do Bnina. Tu zaglądamy do kościoła, gdzie ochrzczona została Wisława Szymborska, a następnie zjeżdżamy nad jezioro Kórnickie na bulwar nazwany jej imieniem. Odnajdujemy ławeczkę i robimy pamiątkową fotkę z noblistką i kotem, pewnie tym z pustego mieszkania… To ładne miejsce i dziwimy się, że tak mało tu spacerowiczów.

Ostatnim przewidzianym na dziś punktem programu jest spacer po kórnickim arboretum. Parkujemy rowery, kupujemy bilety i w drogę! Park powstał w pierwszej połowie XIX wieku, jest tu więc wiele okazów wspaniałych starych drzew, zarówno rodzimych, jak i egzotycznych. Zamek, w którym znajduje się słynna biblioteka, ładnie wpisuje się w tutejszy krajobraz. Godzinny spacer po różnych zakątkach arboretum jest prawdziwą przyjemnością i odmianą po całym dniu pedałowania.

Na koniec jemy jeszcze żurek w restauracji Biała Dama, robimy szybkie zakupy i mkniemy na nocleg. Za nami kolejny obfitujący w ciekawe miejsca dzień, a teraz pora już odpocząć przed jutrzejszym.